Z pamiętnika komody Papillon: dzień pierwszy

- Pamiętnik

Mam na imię Papillon, co po francusku znaczy motyl i jestem komodą. Urodziłam się w CustomForm (w każdym razie tyle pamiętam).

Komoda Papillon

Przedwczoraj przeprowadziłam się z salonu meblowego do starej willi za miastem. Ciężko było mi rozstawać się z przyjaciółmi z Custom.

Ponieważ trudno było mi się przystosować do nowej sytuacji, dlatego mój psychoterapeuta polecił mi prowadzanie pamiętnika (to ponoć bardzo uspokaja nerwy). Tak więc zaczynam. Oto mój pierwszy wpis.

 

Dzień pierwszy

 

Przyjechałam właśnie z salonu CustomForm. Od teraz będę mieszkała w pięknej starej willi położonej poza miastem. Wokół domu jest sporo wiekowych drzew.

Człowiek, który mnie kupił jest lekarzem. Ma swój gabinet. Przyjmuje pacjentów w domu.

Oprócz lekarza, w domu mieszkają jeszcze jego żona i dwójka dzieci. Moja pani jest malarką, a dzieci chodzą do szkoły. Z tego co się dowiedziałam, popołudniami chodzą na różne zajęcia: szkoła muzyczna, tenis, basen, angielski, szkółka piłkarska. Praktycznie przez cały dzień nie ma ich w domu.

Postawiono mnie w salonie. Na początku czułam się trochę nieswojo.

Komoda Papillion

Wiecie, jak to jest – wszystkie oczy wpatrzone we mnie, inne meble coś tam do siebie szeptają, śmieją się, a ja nie wiem z czego. Straszne.

Wieczorem do domu przyszli sąsiedzi z małym, hałaśliwym pieskiem. Mój pan od razu pokazał im swój nowy nabytek, czyli mnie.

I wtedy zaczęło się. Dotykanie, poklepywanie, zamykanie i otwieranie moich drzwi po sto razy, tam i z powrotem. A do tego te pełne zachwytu komentarze:

„Panie Marku (bo tak ma na imię mój właściciel), no po prostu rewelacja! Re-we-la-cja! I ten blat – fantastycznie postarzony, piękna sprawa. Nie powiem, zazdroszczę panu tej nowej komody, można wiedzieć, gdzie pan ją kupił?”

 

Widziałam, jak mój pan nawet nie starał się ukryć tego, że jest ze mnie bardzo dumny. On naprawdę zna się na najnowszych trendach w meblarstwie, wie co dobre, a przy tym – jest bardzo skromnym człowiekiem.

Jakiś czas później goście przeszli do ogrodu. Niestety, zostawili swojego małego szczekacza w domu. Piesek zainteresował się moimi wygiętymi nóżkami i zaczął bawić się nimi, niczym swoją ulubioną, gumową kością. Mój terapeuta pewnie powiedziałby, że to przez zazdrość. Kundelek musiał słyszeć te wszystkie pochwały pod moim adresem.

Wrzasnęłam z bólu. Wołałam o ratunek. Niestety, nikt mnie słyszał.

Wtem, z jadalni usłyszałam dziwne stukanie.

Okazało się, że krzesło Army, którego przodkowie służyli w armii podczas wojny koreańskiej*, próbowało na różne sposoby odciągnąć uwagę psa.

Kundelek zorientował się o co chodzi i pobiegł w kierunku kuchni.

Byłam uratowana. Army poświęciło się, by mnie ratować. Będę mu za to wdzięczna do końca życia.

Krzesło Army

 

Tak minął mój pierwszy dzień. Dalszy ciąg pamiętnika – już wkrótce.

 

 *) Jeśli oglądaliście serial M.A.S.H. to z pewnością wiecie, o co chodzi. Przy okazji, oparcie krzesła Army dziwnym zbiegiem okoliczności przypomina wlot chłodnicy Jeepa Willysa z lat ’50, a właśnie takimi samochodami poruszali się bohaterowie wspomnianego filmu.